niedziela, 3 maja 2015

Z CYKLU MIEJSCA: RODZINNE STRONY


 Każdy ma takie miejsce, gdzie udaje się na krótszy lub dłuższy czas w celu odpoczynku bądź z chęci albo potrzeby spotkania się z bliskimi. Jedną z takich właśnie stron rodzinnych jest Lidzbark Welski, w którym to bez końca można przemierzać lasy i jeziora. Niewiarygodne jest to jak za pomocą tego miejsca labradorka ze spokojnego, radosnego czworonoga staje się szalonym, rozbrykanym wręcz nie do opanowania psem. Pomyśleć by można, że czarna towarzyszka jest jak to się współcześnie nazywa na „dopalaczach” bo biega jak w szalonym transie. Istotną obserwacją dla mnie jest to jakie Mia uwalnia tutaj niespożyte pokłady energii, gdzie zupełnie odwrotnie jest w domu bo wystarczy długi i aktywny spacer, a „pada” ze zmęczenia. Czasem zastanawiam się czy może jest coś w tym powietrzu, że Mia po całodziennych przygodach, a to nad jeziorem, w lesie czy też na terenie
wielkiego ogrodu, na drugi dzień potrafi siedzieć przede mną skoro świt i wymuszać na mnie otwarcie chociażby jednego oka. Czarna towarzyszka tylko czeka, aż natychmiast stanę „na baczność” bo już z samego rana ma ochotę na zabawę, ale oczywiście nie sama. 
Minęło sporo czasu od pierwszej wizyty wtedy jeszcze małej, czarnej kulki, która dopiero co zaczynała poznawać zjawisko socjalizacji z otaczającym środowiskiem. Tym środowiskiem jest przede wszystkim mieszkający tutaj „dostojny” Franek, który jest znacznie mniejszych gabarytów niż
Mia, zalicza się do seniorów psiego gatunku i tutaj jest „panem” swojego terytorium. Podczas pierwszego spotkania musiał pokazać ciekawskiemu intruzowi, który zaczął zbytnio „dokazywać” gospodarzowi , gdzie jest jej miejsce czyli odpowiednio ustawić w hierarchii by żyć w zgodzie i harmonii. Głównym rytuałem jaki następuje od razu po dojechaniu do celu jest natychmiastowy wyścig bez względu na wszystko do  źródła „pożądania” czyli miski gospodarza terenu. Myślę, że tym zawodom towarzyszy skryta nadzieja, iż może kompan zostawił coś na później chociażby kosteczkę lub namiastkę psiej karmy, którą będzie można w szybkim tempie skonsumować, gdy nikt nie patrzy. Od czasu zapoznania każdy przyjazd tutaj to istna radość i zabawa pomimo wieku kudłatego kolegi.
Ciekawym zjawiskiem jakie uwielbiam obserwować to wspólny ukłon, a potem niesamowity taniec i szaleńczy berek kończący się leżeniem „plackiem” przy kominku i głębokim snem psich przyjaciół. Zdarza się również tak, że zrównoważony Franek nie ma ochoty na psotne zabawy i wyraźnie „odmawia” swoją postawą wspólnego spiskowania, niestety to niemalże doprowadza czarną labradorkę do „furii” i ogromnego niezadowolenia w postaci „monologu” wygłaszanego w stronę kolegi. Gdy ta procedura nie pomaga zaczyna się natarczywe wchodzenie na gospodarza lub turlanie się przed nim w celu przyciągnięcia uwagi, a może się uda zmobilizować przyjaciela do ponownych harców. Jak łatwo się domyśleć wyjazd stąd wiąże się z rozżaleniem widocznym w oczach czworonoga, którego nie raz trzeba wziąć pod pachę i wpakować do auta by wrócić do domu i wrócić tutaj po raz kolejny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz